O autorze
Z wykształcenia Psycholog społeczny – absolwent Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Studia kończył specjalizacją z zarządzania reklamą.

Od początku drogi zawodowej związany z marketingiem – specjalista w dziedzinie tworzenia wizerunku firmy i strategii komunikacji marki.

Współwłaściciel agencji reklamowej Studio 102 oraz agencji interaktywnej Quellio.

W pracy z klientem zajmuje się głównie morfologią marki i tworzeniem wyróżniającego ją kodu genetycznego. Dzięki wysokiej wrażliwości, dysponuje umiejętnością holistycznego i nieszablonowego spojrzenia na komunikację, zarówno wizualną, jak i werbalną.

Jako doradca w inkubatorze Starter i w Akademickim Inkubatorze Przedsiębiorczości podpowiada startupom jak zrealizować pomysł i stworzyć silną markę. Wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej. Regularnie prowadzi szkolenia dla firm oraz instytucji wspierających biznes.

Naiwny marzyciel, zafascynowany kulturą popularną, sztuką nowoczesną, użytecznością przedmiotów i nowymi technologiami. Maratończyk, a więc łatwo się nie poddaje na drodze do realizacji celu. Nadużywa "że tak powiem".

Karpie Diem

pixabay
Początek grudnia to moment, który nieubłaganie zbliża nas do apogeum przedświątecznej gorączki. Nadchodzi peak, który, i tak dostatecznie rozbuchany już konsumpcjonizm, zamieni w desperackie poszukiwanie prezentów ostatniej szansy.

Zewsząd docierają do nas świąteczne akcenty dekoracyjne (pojawiające się znienacka sekundę po Święcie Zmarłych), a branża FMCG od dawna, i najczęściej skutecznie, wodzi nas na pokuszenia mikołajowymi opakowaniami czekoladek. Radiowa Trójka jest już po premierze tegorocznej odsłony Przyjaciół Karpia. Jeśli więc ktoś jeszcze nie poczuł, że święta tuż tuż, to radio drastycznie przypomni mu, że „krok po kroczku, najpiękniejsze w cały roczku, idą święta”.

Grudzień to w ogóle jakiś taki hipnotyczny miesiąc pełen rytuałów. Czarnym Piątek (Black Friday), a potem Cyberponiedziałek (Cyber Monday), to był początek naszych poważnych zmagań z prezentami. Już nie tylko amerykański Mikołaj i Rudolf Czerwononosy u nas gości, ale także wspaniałe tradycje szturmowania sklepów. Szturm na sklepy internetowe w tym okresie bywa tak potężny, że aż sieć wywala. No ale, kto nie jest głupi kupuje za bezcen produkty utrzymujące nasze status quo lub może nawet wynosząc nas na wyżyny społeczne. Cóż bowiem cieszy tak, jak nowe płaskie, jak największe, świecące na niebiesko radio z lufcikiem*? Komu nie starcza na ten, jakże niezbędny i jakże odmieniający życie gadżet, temu podstępny reklamodawca podsunie cudowne rozwiązanie – KREDYT. Bez kredytu, jak bez choinki, święta mogą się nie udać. A Ty chcesz, aby ci się nie udały? Nie spełnisz marzeń swoich bliskich? Święta są raz w roku, a Twoje dziecko całe 12 miechów czeka na tę nowo, wszystkomającą komórę. Chcesz je zawieść? Nie odważysz się. Nie bój nic, na wszystko nam starczy, a potem to jakoś będzie i w nowym roku się spłaci. A w sumie, bo ja wiem ile będę żył. Co się będę zamartwiał. Cieszyć się trzeba, a nawet jak nie cieszyć, to chociaż kupić i mieć. Jak to mówi dzisiejsza młodzież – YOLO. Alternatywa, inny wybór, kontrowersja i skromne skarpetki pod zielonym drzewkiem są dla hipsterów, czy innych dziwolągów. Co ludzie powiedzą i takie tam. Tak czy inaczej byle do magicznych świąt, z jęzorem do ziemi, jakoś dotrwać. No tak, ale potem jest sylwester i potrzebne jest nowe odzienie co się musi świecić, szampan i smaczne jedzenie (z naciskiem na to procentowe), bo jaki stary taki nowy. A jak w starym wraz z petardami w kosmos poleci trochę grosza, to w sumie jaki ten nowy będzie. Reasumując, karpe diem – chwytaj karpia, czy jakoś tak. Czyli kredyt potrzebny. Na inwestycję!

Wcale się nie dziwię, że tak jest, ponieważ pracuję w branży, która w swojej historii miała niemały udział w programowaniu naszego zachowania i tworzeniu świątecznych symboli.
Branża reklamowa potrafi przetworzyć pewne emblematy i z powrotem wypluć je do obiegu kulturowego. I co ciekawe, one się w tym obiegu świetnie upłynnią i będą miały niezłe branie. Weźmy na przykłada takiego Mikołaja. Symbolem świątecznych zakupów uczyniła go Coca-Cola, która w latach 20-tych ubiegłego wieku postanowiła użyć do promocji swojego napoju przetworzonej przez siebie postaci Św. Mikołaja. Szczupły i wysoki Biskup z Mirry został zastąpiony przez jowialnego pana XXL z rumianymi polikami. Dostał też nowe odzienie. Zamiast zielonego, oczywiście czerwone. Produkt masowy, budżet reklamowy i nowy Miki zagościł w każdym domu i stał się symbolem świątecznej przerwy na odświeżenie. Nawet zdjął czapkę, bo nastała pora na relaks: „My hat`s off to the pause that refreshes”, głosił slogan. Inny zdradzał, że ta rozjarzona mikołajowa mordka to dlatego, że jej pragnienie zostało już ugaszone.

Mikołaj od niespełna stu osiemdziesięciu lat przechadza się między regałami sklepowymi.
Konsumpcja ponad miarę ma znacznie dłuższą tradycję, a kiedyś nawet odegrała istotną rolę w ratowaniu gospodarki Stanów Zjednoczonych w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego. Zwiększenie siły nabywczej i skłonienie ludzi do bardziej intensywnego konsumowania stało się jednym z najważniejszych kluczy wyjście z kryzysu. I tak nam zostało do dzisiaj. Wszyscy jesteśmy Amerykanami. Wracając do Mikołaja. W 1841 dom towarowy Parkinsona w Filadelfi po raz pierwszy użył Św. Mikołaja (zwanego jeszcze wtedy Father Christmas) do sprzedawania zabawek i prezentów. Taki to darczyńca w służbie gospodarce. W latach 70. Santa Claus przechadzał się już po większości amerykańskich i kanadyjskich domów towarowych. 20 lat później pojawił się w Anglii, a następnie w innych europejskich krajach. Co ciekawe, pojawienia się pierwszego Mikołaja handlowca zbiegło się w czasie z powstaniem pierwszej agencji reklamowej założonej przez Volneya B. Palmera.

Rudolf Czerwononosy – kolejny bożonarodzeniowy symbol - ma także swoje źródło w reklamie. Został wymyślony na potrzeby kampanii reklamowej sieci domów towarowych Montgomery Ward w 1939 roku. Historyjka autorstwa Robera L. Maya o Rudolfie stanowiła treść rozdawanych książeczek do kolorowania. Ot cała magia świąt.
Sanie Świętego ciągnie wymysł agencji reklamowej. Na szczęście Rudolf jest bohaterem dobrej historii i krzywdy nikomu nie robi.

Co innego Mikołaj, który w sidłach speców od marketingu wzmacnia nasz stan niepokoju o status i potrzebę ciągłego porównywania się z innymi, porównywania stanu posiadania i dostępu do dóbr konsumpcyjnych. Hoł hoł hoł chohoł **

*żartobliwe określenie telewizji autorstwa Stefana Wiecheckiego

** W finalnej scenie dramatu w dramatu Stanisława Wyspiańskiego Wesele. Chochoł wprawia weselników (czekających na przybycie Wernyhory i ruszenie do powstania) w senny trans uniemożliwiający podjęcie jakichkolwiek działań.
Trwa ładowanie komentarzy...